Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, tak! doskonale! człowiek, co tak potrafi mówić, powinien lubić ostrygi... te pieszczotki, te figlarki.
— Pozostają zatem dwie alternatywy — rzekł znowu ordynat — albo dopomagać do wzrostu niższym producentom i rządzić się sprawiedliwością, albo nie urządzać wcale wystaw.
— Warunek za silny! — wtrącił hrabia Morykoni, podnosząc brwi i pocierając dłoń o dłoń, jakby coś w nich wałkował.
— Połowiczność tu nie możliwa! — zaprzeczył ordynat. — System hrabiego Barskiego doprowadziłby sam przez się do unicestwienia wystaw. Bez wytworów i udziału tych mas nasze wystawy przypominałyby karnawał, na który zjechalibyśmy się z końmi i inwentarzem dla własnego użytku. Zabaw byłoby bez liku, ale nic nadto. A nagrody? Zapewne, sypałyby się. Gdybym wystawił swoje stare palto i zdeptane kalosze, dostałbym złoty medal napewno.
Brochwicz i Trestka zaczęli się śmiać, poczem odezwał się Trestka:
— Podoba mi się ten system. Jeśli tak łatwo można otrzymać złoty medal, może wówczas i ja nie wyszedłbym z kwitkiem.
— Pan masz list pochwalny za oborę.
— Zdaje mi się, że zawdzięczam go głównie łaskawemu ekspertowi.
— Nie, panie! gdybyś nie zasługiwał, nie miałbyś nic, ale że ci się należał list pochwalny, więc go masz. Gdyby mi ofiarowano złoty medal za konie i bydło niesłusznie, wykazałbym to, ale gdyby mi urządzono taką kabałę, jak temu włościaninowi z Lubelskiego, tobym nauczył ekspertów lepszego sądu.
— Ekspertkami pszczelnictwa były panie.
— Byli i panowie! Może w tem tkwi cały błąd: flirt przeszkodził sprawiedliwości.
— Ostry pan! — rzekł śmiejąc się książę Zaniecki.
— Ale bo tak jest! Każdy zrozumie, kto zechce, że o wiele słuszniej należała się wyższa nagroda owemu włościaninowi, niż mnie i wielu innym Ja mam pieniądze, wykształcenie i znajomość najnowszej kultury, mogę działać intensywnie, on zaś tylko własną pracą, oszczędnością i pomysłowością. To różnica! i winna być usprawiedliwiona bez oglądania się na herby, nazwiska i stanowiska.
Barski dotknął ręką szyi, jakby w przewidywaniu apopleksji i rzekł zdumionym szeptem:
— I to mówi Michorowski?... magnat?...
Hrabia miał minę tak zabawną w swym obrażonym patosie, że Waldemar uśmiechnął się pod wąsem i, zapalając cygaro, mruknął do siebie:
Ten sam, tylko na szczęście nie zidjoeciał razem z tobą.
Hrabia milczał, wpity oczyma w ordynata, wreszcie wybuchnął:
— To są zdania niesłychane! barbarzyńskie! to bluźnierstwo w ustach arystokraty!...
Waldemar zaczął się głośno śmiać. Podniósł ręce do góry i, udając wzniosłość hrabiego, zawołał:
— Hrabio, litości! twe słowa nas czynią barbarzyńcami. W imieniu arystokracji protestuję!
Hrabia wstał, uroczysty ale zdumiony, z rozszerzonemi oczyma.
— Co?... jak?... vraiment?...