Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Brochwicz roześmiał się.
— No? aparat gotów?
— No! no! zaczynaj — burknął uroczysty Trestka.

„Małgorzatko, godna uwielbienia,
Małgorzatko, nie bądź-że z kamienia!
Małgorzatko, mej miłości wierz...”

— Ha! ha! ha! — wybuchnął śmiech ogólny.
— Cóż znowu? — obejrzał się obrażony Brochwicz.
— Dla kogo pan to śpiewa, panie Trestka? — posypały się pytania.
Trestka zaperzył się.
— Jakto? śpiewam Małgorzatkę, nie słyszycie panowie?....
— Brawo, panie, brawo! Nie mógł Jurek dobrać dla pana stosowniejszego śpiewu.
— Albo co? — zdziwił się Brochwicz. Nagle wybuchnął śmiechem.
— Ach prawda! Bajecznie! Dalej; Trestka, śpiewajmy.
Zaczął nucić:
— Małgorzatko — Margeritko — Ritko...
— Czyś się wściekł? — huknął Trestka.
— Śpiewałeś pan przecie mniej więcej to samo.
Trestka zakręcił się na pięcie.
— Sapristi! — zawołał zły i poszedł w kąt sali, w który się przed chwilą wpatrywał.
— Powarjowali — mruknął Wiluś Szeliga.
Śmiech trwał jeszcze.
— Gdzież ordynat? Obiecał przecie być — zapytał Żnin.
— Spóźnia się. Ha! każdy ma swoją Małgorzatkę — zadeklamował Brochwicz.
— Daj pan spokój, bo jak usłyszy... — obejrzał się Żnin.
— Natrze wam uszu za siebie i za mnie — mruknął Trestka, ale go nie dosłyszano.
— Jednak przyznacie, że ta Stefcia ma w sobie djablika. W niej coś poprostu goreje — rzekł Brochwicz.
Żnin podniósł palec na wysokość twarzy i, kiwając nim, jakby komuś groził, rzekł z przyciskiem:
— To esencjonalna dziewczyna, tylko nie bardzo pozwala badać temperaturę swych gorejących oczu.
— Ale może pozwoliłaby ją podnieść — mruknął baron Weyher.
— W każdym razie nie panu — sarknął Wiluś.
— No!.... i nie panu także.
— Do tej chemii ma najwięcej zdolności ordynat.
— I szans, proszę dodać.
— Moi panowie — dodał Brochwicz — uwagi o pannie Stefanji radzę zakończyć przed wejściem Michorowskiego, inaczej bowiem w tym gabinecie temperatura może się podnieść do takiej skali, że zostaniemy zwęgleni.
— Czyż ordynat aż tak jest podniecony? — spytał Zaniecki.
— Il lʻadore! przytem jej duma bierze go na munsztuk. To królewiątko w skórze szlacheckiej.
— Mimo to nie widzę dla nich dość wyraźnej sytuacji.
— Michorowski ją sobie sam znajdzie, bez pańskiej pomocy, pomaluje na jaki zechce kolor.
— A la Pompadour. Prawda?