Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nauczycielka i dame de compagnie małej Elzonowskiej, mademoiselle Stéphanie Rudecka.
Hrabia nasrożył się. Wielkie, okrągłe jego oczy zbielały z oburzenia.
— Nauczycielka?... A cóż znowu ta Rita? Czy to szykana?...
Zaniecki z porozumiewawczym uśmieszkiem szepnął do hrabiego:
— Jest bardzo poważana. On l’accepte trés bien, szczególnie starszy Michorowski i ordynat.
Barski rzucił na Zanieckiego bystre, niespokojne spojrzenie. Dumne usta magnata skrzywił ironiczny grymas.
— Ja uważam, że wszyscy. Que c’est ridicule! I skąd ona jest?...
— Córka jakiegoś obywatela z Królestwa.
— Ach! więc szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie? Minęły te czasy, a w rzeczywistości nigdy nie istniały.
— Mais elle n’est pas mal?
— Qui pas mal. Tylko ta Rita...
Hrabia skrzywił się, nie dopowiedziawszy myśli, że panna Rita popełniła wielkoi błąd w prezentacji. Bo można mieć wśród siebie wiele osób, „innych“, zwłaszcza w miejscu publicznem, ale trzeba zawsze wiedzieć, kto kim jest. Hrabia zrobił ruch ręką, jakby mówiąc:
— Nie można zresztą tego wymagać od Szeligów.
I wielką swą głowę barską triumfalnie wzniósł do góry.




XXVII.

Bezpośrednio po wyścigu odbyło się wręczanie nagród. Przed ładnym pawilonem wysoki dygnitarz miasta wygłaszał nazwiska nagrodzonych wystawców, poczem z odpowiedniem przemówieniem rozdawał nagrody. Orkiestra wykonywała huczną fanfarę, jakby akompanjament. Konie ordynata otrzymały złoty medal, ofiarowany właścicielowi z nadzwyczajną uprzejmością, z całą serją miłych słów i uśmiechów. Wysoki dostojnik umiał odpowiednio falować swą postacią i doborem słów. Panna Rita dostała srebrny medal, ocukrzony dobrem frazowaniem i uśmiechami już więcej zalotnemi. Skromniejsi wystawcy dostawali nagrody w mniej wytwornych ramach, grzecznie, ale bez naddatków.
Wieczorem, po koncercie i odwiezieniu pań, w wesołej restauracji Hofmana zebrała się pewna część panów z magnaterji.
Oświetlona sala pełna była dymu z cygar i zapachu win.
Orkiestra cygańska grała skoczne, dzikie melodje. Brzęk kastanietów, targanych przez namiętne dłonie smagłych Hiszpanek, mieszał się z krzykliwemi głosami cygańskich śpiewaczek. Barwne stroje, gorejące oczy, wycięte staniki kobiet, dowcipy, śmiechy nadawały temu zbiorowisku ludzi wygląd przedpiekla.
W jednym z gabinetów siedział przy fortepianie Brochwicz i z nadzwyczajna gestykulacją wygrywał „Małgorzatkę“. Trząsł głową i rozwichrzoną czupryną; śmiały mu się ładne, ciemne oczy, białe zęby błyskały wesoło.
Nagle obejrzał się i zawołał:
— Trestka do chóru!
Młody hrabia podszedł powoli, stanął przy fortepianie, umocował binokle i, wpatrzony w jeden kąt sali, zrobił taki ruch szyją, jakby sobie poprawiał w gardle jakąś ukrytą maszynę.