Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rzucają sobie, jak dwie czarne chmury
Artyleryą niebieską ładowne,
Gdy nad Kaspijskiem morzem z trzaskiem staną
Naprzeciw siebie, zwlekając przez chwilę,
Aż wiatr sygnały zadmie do groźnego
Starcia w przestworach środkowych powietrza.
Tak spoglądali straszni przeciwnicy,
A Piekło od ich wzroku pociemniało;
Stali złożeni, wiedząc, że raz drugi
Żaden nie spotka się z tak wielkim wrogiem.
I straszna bitwa byłaby wybuchła,
Na całe Piekło głośna, gdyby Wiedźma
Wężowa, z drugiej strony pilnująca
Wrót Piekła, z kluczem fatalnym, nie wstała,
I pędząc między nich nie zawołała
Ohydnym głosem: »Ojcze, co zamierzasz?
To twój jedyny syn! Jakie szaleństwo
Owładło tobą, synu, że śmiertelny
Cios w głowę ojca mierzysz? Wiesz dla kogo?
Oto dla tego, co w górze na tronie
Śmieje się z ciebie w tej chwili. On żąda
Byś jak kat spełnił, co każe gniew jego,
Który nazywa on sprawiedliwością.
Kiedyś gniew jego zniweczy was obu!«
Cofnął się na te słowa Mór piekielny
A Szatan rzecze: »Twój tak dziwny okrzyk
I dziwne słowa wstrzymały mą rękę
Od opowiedzi swych zamiarów czynem;
Więc zwlekam, póki nie dasz objaśnienia,
Coś za istota, w tym podwójnym kształcie?