Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Własną obawę czytał. Nawet z owych,
Wybranych, którzy szturmowali Niebo,
Nikt nie śmiał podjąć się tej strasznej drogi.
Nareszcie Szatan, niezwykłym zaszczytem
Nad towarzyszów swoich wywyższony,
W poczuciu swojej przewagi nad rzeszą,
Z dumą monarchy rzekł nieporuszony:
»Plemię niebiańskie, empirejskie Trony!
Słusznie milczenie nas opanowało
I powściągliwość, ale nie zwątpienie.
Droga daleka i ciężka, co wiedzie
Z Piekła do światła; turmą nasza mocna;
Ogrom sklepisty a pełen płomieni,
W którym zostawać byłoby nam hańbą,
Dziewięciokrotnym murem nas otacza,
Bramy z żarzących dyamentów wyjścia
Wszelkiego bronią. Za temi bramami
Ktoby je zdołał minąć, ten napotka
Głęboką pustkę bezistotnej Nocy,
Która mu grozi zatraceniem bytu,
Jeżeli rzuci się w jej nurt jałowy.
Jeżeli zdoła wymknąć się z niej w inny
Świat jakikolwiek, lub w sfery nieznane,
Niebezpieczeństwa nieznane mu grożą,
Do uniknięcia trudne. Atoli, Książęta!
Nie byłbym godnym tego tronu, władzy
Królewskiej, pełnej świetności i siły,
Gdyby trudności i niebezpieczeństwa
Mogły odstraszyć mnie od wykonania
Czegoś, co dobro publiczne obchodzi.