Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy im złość jego wieczną kaźń naznacza?
»Czegóż czekamy, « mówią ci, co radzą
Wojnę, « skazani na wieczne katusze,
»Cobądź uczynim, jakież większe męki
Mogą spaść na nas?« Czyż to już najgorsza
Tak siedzieć, radzić i broń trzymać w ręku?
W nagłej ucieczce, kiedy gnani, bici
Gromami Nieba, błagaliśmy głębi,
By nas ukryła, Piekło się zdawało
Wtedy uchroną dla ran naszych; albo
Gdyśmy leżeli w ognistem jeziorze
Skuci w łańcuchy? Chyba gorzej było.
Cóż jeśli tchnienie, które zapaliło
Te straszne ognie, obudzi się znowu,
I rozszalałe, z siedmiokrotną siłą
Pchnie nas w płomienie? Lub jeżeli zemsta,
Wstrzymana z góry, znów na męki nasze
Uzbroi swoję czerwoną prawicę,
Jeżeli wszystkie upusty otworzy,
A to sklepienie Piekła zewsząd zionie
Kataraktami ognia? Gdy te zgrozy,
Ponad głowami naszemi zwieszone,
Przerażą groźbą zapadnięcia na nas?
W chwili, gdy głosić będziem lub planować
Wojnę zaszczytną, rozniesie nas burza;
Przybity każdy na osobnej skale,
Będziem igraszką i łupem wirowych
Orkanów, albo rzuceni na wieki
W głębię wrzącego oceanu, skuci,
Tylko jękami będziemy przemawiać,