Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stoją obozem legiony, albo
W różnych kierunkach, ciemnemi skrzydłami
Lecą na zwiady po królestwie Nocy,
Gardząc zasadzką wszelką z naszej strony.
Choćbyśmy siłą mogli zdobyć drogę,
I całe Piekło pociągnąć za sobą,
By najczarniejszem powstaniem zaciemnić
Przeczyste światło Nieba, nawet wtedy
Nasz Nieprzyjaciel Wielki, nietykalny
Siedziałby na swym nieskalanym tronie,
Typ eteryczny, nieuległy zmazie,
Prędkoby odparł najazd, i zwycięsko
Otrząsnął ogień poziomego rzędu.
Tak odepchniętym ostatnia nadzieja
Zostaje podła rozpacz. Wszechmocnego
Zwycięzcę mam}’ — w taki gniew wprowadzić,
Że nas do szczętu zgładzi: znicestwienie
Ma uzdrowieniem być naszem — straszliwem!
Kto bowiem zechce, choć w najcięższej kaźni,
Utracić byt swój duchowy, te myśli,
Pędzące poprzez wieczność, naraz wpadłe
W szerokie łono Nocy niestworzonej,
Ruchu i czucia pozbawione? Choćby
To było dobrem, nie wiem, czy nasz gniewny
Wróg dać je może, albo czy dać zechce?
Czy może? — wątpię; że nie zechce — pewnym.
Bo czyżby chciał, On, tak mądrością szczytny,
Zrzec się swojego gniewu, bądź z niemocy,
Bądź z niebaczności; spełnić nieprzyjaciół
Życzenie, byt ich ze złości zniweczyć,