Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uderzy dęby puszcz, lub górską sosnę,
Z spalonym szczytem, pozbawione liści,
Wznoszą się dumnie na pogorzelisku.
Teraz chce mówić: więc zdwojone szyki
Z dwu stron zachodzą, otaczają wodza
Wraz z jego sztabem; słuchają ciekawie.
Trzy razy zaczął, i mimo hardości
Trzy razy łzami wybuchnął takiemi,
Jakiemi płaczą Anioły; nareszcie
Rzekł te zmieszane z westchnieniami słowa:
»O, miryady Duchów nieśmiertelnych!
Potęgi, równe tylko Wszechmocnemu,
Z nim tylko walka była nie bez chwały,
Chociaż jej wynik straszliwy, jak świadczy
To miejsce i ta okropna przemiana:
Język się wzdryga, gdy ją wspomnieć musi.
Lecz jakaż dzielność ducha proroczego,
Jaka z zasobów wiedzy przeszłych czasów,
Lub z teraźniejszych, mogła wywnioskować,
Że takie siły bogów zjednoczone,
Jak te tu stoją, doznają porażki?
Bo kto uwierzy teraz, choć po klęsce,
Że te potężne wszystkie legiony,
Których wygnanie opróżniło Niebo,
Raz się nie porwą jeszcze samodzielnie
I nie zdobędą gniazda swego rodu?
Świadkiem mi całe to wojsko niebieskie,
Czy przez wahanie moje lub zlęknięcie
Upadły nasze nadzieje. Monarcha
W Niebie rządzący bezpiecznie zasiadał