Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ze skrzydlatego dzikiego rumaka
Na Alejańskie pola, by się błąkać
Tam opuszczony. Tylko mi połowa
Niedośpiewana została, lecz w węższych
Granicach dziennej i widomej sfery;
Stojąc na ziemi, nie ponad bieguny
Uniesion, pewniej głosem śmiertelnika
Będę opiewał, nie niemiejąc, ani
Nie chrzypnąc, choć mi tu śpiewać przychodzi
W złych czasach i wśród języków złośliwych.
Gdym ociemniały, zewsząd otoczony
Niebezpieczeństwem, samotnością, jednak
Nie sam, bo ty mnie w nocnych snach nawiedzasz,
Lub gdy poranek barwi wschód purpurą.
Kieruj mym śpiewem nadal, Uranio!
I daj słuchaczów godnych, choć niewielu;
Ale odemnie oddal barbarzyńską
Wrzawę Bachusa i jego czcicieli,
Potomstwo owej zgrai, co rozdarła
Piewcę trackiego w Rodopie:[1]tam lasy
I skały, zdjęte zachwytem, słuchały,
Dopóki hałas dziki nie zagłuszył
Harfy i śpiewu; nawet nie zdołała
Muza obronić swego syna. Ty więc
Nie opuść tego, co cię czci i wzywa,
Boś ty niebiańska, a tamta czczą marą.
Opowiedz, boska, dalszy przebieg rzeczy,
Kiedy Rafael, uprzejmy Archanioł,
Ostrzegł Adama, by go straszny przykład
Nauczył, jak się chronić przeniewierstwa,

  1. Orfeusz pochodził z Tracyi; — tam i góra Rodope.