Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie stracić nagle tego stanowiska
Naszego, naszej świątnicy i góry.««
»Syn na to, z wzrokiem spokojnym i jasnym
Lśniącym niezmienną pogodą boskości,
Rzecze: »»Potężny Ojcze! słusznie w pośmiewisko
Obracasz marne twoich nieprzyjaciół
Zamysły, śmieszne i czcze ich rozruchy;
One posłużą tylko do mej chwały,
A ich nienawiść mojem uwielbieniem
Będzie, gdy ujrzą potęgę królewską,
Daną mi na to, abym skarcił pychę,
Abym okazał czynem, że potrafię
Znieść buntowników.««
»Tak mówił Syn Boży.
Tymczasem Szatan ze swemi Książęty
Pędził, pośpiesznie rozwijając skrzydła,
Za nim gromady wojsk nieprzeliczonych,
Jak gwiazdy nocy, lub te drugie gwiazdy
Poranku, krople rosy, które słońce
Na każdym liściu i na każdym kwiecie
W perłę zamienia. Mijali okręgi
Potężnych władców na potrójnych tronach,
Państwa, do których twe władztwo, Adamie,
Ma się jak ogród ten do całej ziemi
Wraz z morzem, gdyby rozciągnąć na długość
Całą tę kulę. Przybyli nareszcie
Do granic kraju Północy, a Szatan
Do swej królewskiej stolicy, na wzgórzu
Wysokiem, zdała świecącej jak góra
Na górze, zdobnej w piramidy, wieże,