Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W których stał gronie, w wielobarwne skrzydła
Odziany, mignął pędem błyskawicy,
Leciał przez środek Nieba: na dwie strony
Rozstąpiły się wraz anielskie chóry,
By nie tamować empirejskiej drogi.
Do bram niebieskich przybył, te na złotych
Zawiasach, dzieło Architekta świata,
Otworzyły się same. Tu już żadna
Chmura, ni gwiazda, chociażby najmniejsza,
Nie stała oku na przeszkodzie; widzi
Dosyć podobną innym światłym globom
Ziemię, i ogród boski, uwieńczony
Cedrami, których wierzchołki się wznoszą
Nad wszystkie wzgórza; jak w nocy luneta
Galileusza niezbyt pewny obraz
Mniemanych krajów księżyca podaje;
Lub sternik, gdy wśród Cykladów wyróżnia
W plamie mgły szarej Delos albo Samos.
Tam w chyżym locie spuszcza się Archanioł
Przez eteryczne niezmierne przestrzenie,
Mijając światy i światy, z wiatrami
Biegunowemi na skrzydłach się waży,
To znów przychylne prądy żwawym ruchem
Przebywa, aż tam, gdzie orły szybują
Wpadłszy, zdziwionym skrzydlakom się wydał
Fenixem, który jeden z wszystkich ptaków,
Do Teb egipskich zlata, by pochować
W świątyni słońca swoje szczątki. Naraz
Osiada Anioł w wschodniej stronie Raju
Na skale, i do własnych kształtów wraca.