Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Że na czyn, który przerażał cię we śnie,
Na jawie nigdy nie mogłabyś przystać.
Nie trać więc serca, nie zasępiaj wzroku,
Co zwykłe bywa milszy, pogodniejszy,
Niźli pięknego poranku do świata
Pierwsze uśmiechy; wstawajmy do naszych
Nowych zatrudnień, wśród gajów, przy źródłach,
Przy kwiatach, które teraz wyziewają
Najwytworniejsze wonie, gromadzone
Przez noc dla ciebie.«
Tak małżonkę swoję
Pocieszał, ale, choć weselsza, roni
Kilka łez cichych, obciera włosami;
Dwie inne, zanim spadły z kryształowych
Źrenic, całusem otarł Adam, jako
Znak życzliwego współczucia i łaski,
I świętej trwogi na samę myśl grzechu.
Uspokojeni śpieszą do swej niwy,
Lecz wprzód, gdy jeszcze pod sklepieniem liści, —
Ujrzeli niebo i rydwan słoneczny
Swemi kołami tykający krańców
Wielkiego morza, wilgotne promienie
Śląc równolegle z ziemią, na szeroki
Krajobraz w wschodniej stronie Raju
I na Edenu szczęśliwe równiny, —
Kornie schyleni zaczęli modlitwę,
Każdego ranka odmawianą, zawsze
W różnym układzie; bo nigdy nie brakło
Im formy, ani zachwytu świętego
Ku czci swojego Stwórcy; z ust im płynął