Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ostatni darze Nieba, i najlepszy,
Moja rozkoszy wiecznie nowa! Zbudź się!
Poranek świeci, woła świeża niwa;
Upływa pora, a my nie patrzymy,
Jak rosną nasze krzewy, jak zakwita
Gaj cytrynowy, jak mirra łzy roni
I balsamiczna trzcina, jak Przyroda
Nakłada swoje barwy, jak na kwiatach
Siadają pszczoły, by zbierać płyn słodki.«
Tak szepcąc budzi ją Adam, lecz ona
Patrzy nań błędnym wzrokiem, i tak rzecze:
»Jedyny, w tobie myśl moja ma spokój,
Tyś moją chwiała i doskonałością.
Cieszę się, że cię widzę, że już ranek.
Taka noc jeszcze mi się nie zdarzyła,
Bez końca śniło mi się, jeśli śniło,
Lecz nie o tobie, jak zwykle, ni pracach
Dnia ubiegłego, ani o jutrzejszych
Zamiarach, lecz coś o krzywdzie, o troskach,
Jakich nie znałam aż do tej złej nocy.
Wydało mi się, że ktoś przy mem uchu
Łagodnie wzywał, bym szła z nim, z początku
Myślałam, że to twój głos, a tak mówił:
»»Czemu śpisz Ewo? Teraz czas przyjemny,
Chłód, cisza, którą przerywają tylko
Czuwającego śpiewaka nocnego
Tryle, najsłodszą przejęte miłością;
Panuje teraz księżyc pełną tarczą
I na wydatne kształty wszystkich rzeczy
Blask tajemniczy leje, lecz napróżno,