Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy nikt nie widzi; wszystkiemi oczami
Spogląda niebo — kogóż widzieć pragnie?
Ciebie, tęsknoto Przyrody, twój widok
Wszystkim uciechą; wszystko zachwycone
Twoją pięknością: tylko patrzeć pragnie.««
Jakby na twoje wezwanie powstałam,
Ale nie było ciebie; więc szukałam,
I, zdało mi się, że sama szłam drogą,
Aż się ujrzałam przed drzewem wzbronionej
Wiedzy: pięknem się wydało, piękniejszem
W sennem marzeniu, niźli w dziennym jawie.
Gdym tak patrzała z podziwem, stał obok
Ktoś uskrzydlony, postacią podobny
Do tych aniołów, jakich widzim często,
Włosy wilgotne ambrozyą tchnęły,
Spoglądał także na drzewo, i rzecze:
»»Piękna roślino, jakżeś obciążona
Owocem! Niktże, czy to bóg, czy człowiek,
Nie raczy ulżyć ci, i zakosztować
Twojej słodyczy? W takiejże pogardzie
Wiedza? Czy zazdrość; czy też inne względy
Cię zakazały? Niech kto chce zabrania,
Nikt nie pozbawi mnie nadal twych darów,
Bo na cóż jesteś tutaj posadzona?««
To powiedziawszy, ściągnął bez wahania
Zuchwałą ręką, zerwał i pożywał.
Dreszcz zimny przejął mnie na tak bezczelne
Słowa, złączone z uczynkiem bezczelnym,
Lecz ten, radości pełen, woła: »»Boski
Owocu, słodki sam z siebie, a słodszy