Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Aby nic złego nie weszło w jej kresy.
Dzisiaj w południe do mojej wszedł sfery
Duch wielce żądny jakoby poznania
Dzieł Wszechmocnego, a z nich nadewszystko
Człowieka, nowy Boga wizerunek.
Wskazałem drogę śpieszącemu, wkrótce
Widziałem jego lot przez niebios szlaki,
Ale na górze, na północ Edenu,
Gdzie naprzód osiadł, dostrzegłem niebawem
Ze spojrzeń jego namiętnych a podłych,
Że obcy Niebu. Dotąd go śledziłem,
Aż mi nareszcie zniknął w cieniu drzewa.
Zapewne który z wypędzonej tłuszczy
Zdołał się wyrwać z otchłani i krąży,
By nowe jakie czynić zamieszania:
Twą sprawą będzie wyszukać go rychlej.«
Na to odpowie rycerz uskrzydlony:
»Nie dziw, że bystry twój wzrok, Uryelu,
Z samego środka słońca, w jego blasku,
Widzi daleko. Przez bramę straż czujna
Przepuszcza tylko dobrze znanych Niebu,
A od południa nikt się tu nie zjawił.
Może jednakże Duch innej natury
Umyślnie ziemne granice przeskoczył,
Bo jak wiesz dobrze, fizyczne przeszkody
Nie powstrzymają istoty duchowej;
Ale jeżeli w obrębie tych wałów
Ten, o kim mówisz, w jakimkolwiek kształcie
Czai się, jutro gdy świt będę wiedział.«