Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tam się zwróciłam i ległam na brzegu
Zielonym, patrzeć chcąc w wody przejrzyste
Co mi się drugiem niebem wydawały;
Gdy się schyliłam, tuż naprzeciw siebie
Ujrzałam postać, kłoniącą wzrok ku mnie
Z przezrocza wody; cofnęłam się nagle
Tak samo postać owa uczyniła;
Zadowolona, schyliłam się znowu,
I znowu postać spojrzenia uprzejme
I kochające podobnie płaciła.
Byłabym dotąd tam wzrok natężała
I udręczała się próżnem życzeniem,
Lecz w tem głos jakiś ostrzegł mnie w ten sposób:
»To, co tam widzisz, rozkoszna istoto,
Jest tobą, z tobą zbliża się i z tobą
Odchodzi, lecz pójdź, a ja cię powiodę
Tam, gdzie twojego przyjścia i uścisków
Nie cień znikomy czeka, lecz ten, czyimś
Obrazem; twoim będzie nierozdzielnie,
Mnóstwem podobnych sobie go obdarzysz,
Matką ludzkiego rodu zwana będziesz.«
Cóż miałam czynić, jak nie iść natychmiast,
Tak niewidzialnie wiedziona? Aż ciebie
Spostrzegłam w cieniu jaworów, pięknego
I wysokiego, lecz, zdawało mi się,
Mniej powabnego i mniej łagodnego,
Niźli ów obraz w wodzie. Uciekałam,
Tyś gonił krzycząc: »Powróć, piękna Ewo,
Przed kim uciekasz? Czy przed tym, coś z jego
Ciała stworzona? Na twoje istnienie