Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Giętką, wąż wsuwał się gładko, pochlebnie,
I wiążąc ogon swój w gordyjskie sploty,
Niebacznie składał im dowody rzadkiej
A niebezpiecznej chytrości. Zwierzęta
Przeżuwające leżały na trawie
Syte, spokojnie patrząc przed się; słońce
Śpiesznie dążyło do wysp Oceanu;
Po drugiej stronie nieba wstępowały
Gwiazdy, odźwierny Wieczór je wprowadzał;
A Szatan, co wciąż na tem samem miejscu
Stał zapatrzony, odzyskawszy wreszcie
Mowę, wykrzyknął: »O Piekło, co widzę
Ku utrapieniu? W siedzibie błogości
Naszej stworzenia innego pierwiastku
W takiej godności! Może dzieci Ziemi
Nie duchy, ale mało pośledniejsze
Od jasnych duchów w Niebie; myśli moje
Z podziwem ku nim dążą, by ich kochać
Tak żywo boskość błyszczy w ich postaci,
Takim je wdziękiem przyodziała ręka,
Co je stworzyła. Ach, nadobna paro,
Ani przeczuwasz, jak nagła odmiana
Zagraża tobie, jak cała ta błogość
Niebawem zniknie, w żałość się obróci, —
W żałość tem większą, im większa dziś radość.
Szczęśliwi! Ale nie na długo szczęście
Wam przeznaczone; to błogie siedlisko,
To wasze niebo, słabo, jak na niebo,
Obwarowane przed nieprzyjacielem,
Jaki tu wkroczył teraz; lecz nie jestem