Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wznieśćby się nie dał, ani namalować.
Schody, jak owe w Jakóba widzeniu,
Z wstępującemi i zstępującemi
Anioły, kiedy do Padan-Aramu
Uciekał trwoźny przed bratem Ezawem,
I pod odkrytem niebem spał na polu
W Luzie; tam, ze snu powstawszy, zawołał:
»To jest do Niebios brama!« Każdy stopień
Miał tajemnicze znaczenie, czasami
Niknęły schody, wciągnięte do Nieba.
U dołu jasne morze jaspisowe,
Albo jak z pereł płynnych falowało;
Tych, co pod żaglem na niem przybywali
Z ziemi, wznosili w górę Aniołowie,
Albo na drugi brzeg morza przeprawiał
Wóz zaprzężony w ogniste rumaki.
Schody w tej chwili były opuszczone,
Może, by wejścia łatwego spróbował
Szatan, i mocniej odczuł wykluczenie
Swoje od bramy szczęśliwości wiecznej.
Prosto naprzeciw schodów z dołu droga
Szła ponad błogą Raju okolicą
Ku Ziemi, droga szeroka, o wiele
Szersza, niż w czasach późniejszych przez górę
Syonu, albo Ziemię Obiecaną,
Tak miłą Bogu, droga, którą z woli
I rozkazania Bożego Anioły
Szły, nawiedzając szczęsne pokolenia;
Które też Boskie oko nawiedzało
Chętnie, od źródła Jordanu, Panei,