Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W godzinie śmierci, pochlebiali sobie,
Że wkrótce w rzędzie bogów siedzieć będą:
Mijają siedem planet, gwiazdy stałe,
I ową sferę kryształową (która
Wahaniem swojem tworzy drganie planet,
Co było rozpraw rozlicznych przedmiotem),
W próżnem mniemaniu, że poza tem Niebem
Ostatniem, ruch swój nadającem innym,
Czeka ich jakieś bóstwo, aby Olimp
Otworzyć dla nich; stawią śmiałą nogę
Na próg niebieski, tymczasem gwałtowny
Wirowy wicher zmiata ich w przestwory
Dziesięć tysięcy mil opodal; z nimi
Lecą niesione wiatrem, roztrącone
Zaczarowane pierścienie, bożyszcza,
Tłum talizmanów różnych, amuletów,
Bałwanów i ich wielbicieli roje:
Wiatr ich unosi po za świat, daleko,
W otchłań, nazwaną Rajem głupców, niegdyś
Znanym powszechnie, teraz wyludnionym.
Gdy ten posępny świat napotkał Szatan,
Szedł przezeń długo, aż widząc brzask lekki,
Ku niemu zwrócił utrudzone kroki,
Spostrzega w dali wysoką budowę,
Co szła piętrami aż do murów Nieba;
Na jej wierzchołku coś jak królewskiego
Pałacu brama, tylko że bogatsza:
Fasada złotem i dyamentami
Zdobna; drogiemi kamieniami Wschodu
Iskrzył się portyk: podobny na ziemi