Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Martwą, bezgwiezdną nocą, wystawionym
Na wciąż grożące Chaosu zawieje;
Tylko od strony Empirejskich Niebios,
Choć oddalonych, słabe światło wnika
W powietrze, w którem mniej już huczą burze.
Tu Szatan wyszedł na obszerne pole,
Jak sęp z Imaus, przy którego szczycie
Śnieżnym koczują Tatarzy, opuszcza
Kraj, gdzie spotyka rzadki łup, na wzgórza
Pełne trzód tłustych dąży, by się objeść
Mięsem jagniątek, albo koźląt młodych,
Potem do źródeł rzek indyjskich leci,
Gangesu albo Hydaspu, a w drodze
Na Serikany goły step zapada,
Gdzie Chińczyk w lekkich swych wózkach ze trzciny
Pędzi, na wiatry wystawiwszy żagle:[1]
Tak na tem wzdętem morzu piasku Szatan
Kroczył samotny, upatrując łupu.
Samotny, bo tam innego stworzenia
Żywego ani martwego nie było. —
Jeszcze nie było, lecz gdy dzieła ludzi
Grzech wskroś próżnością przejął, naleciało
Tu z ziemi, jakby wyziewy powietrzne,
Wszystko, co marne, i ci, co w marnościach
Nadzieje chwały swojej zasadzali,
Lub szczęścia w życiu ziemskiem lub niebieskiem;
Co otrzymali nagrodę na ziemi,
Za zabobonność i ślepą żarliwość;
Lub co szukali tylko ludzkiej chwały,
Tutaj swych czynów znajdują zapłatę,

  1. Tak opisuje Jan de Plano-Carpini w podróży do Tartaryi r. 1251 i 1252 odbytej.