Strona:PL May - Matuzalem.djvu/407

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szych dwóch postaci. Stąd wnoszę, że jego ubiory ujdą i na nas, w każdym razie po nocy.
— Możliwe, nawet prawdopodobne. Ale czy myślisz, że nam pożyczy?
— Czemu nie? A jeśli nawet odmówi, to i na to mam radę.
— Jaką?
— Poprostu, skradnę.
— Godfrydzie, jak brzmi siódme przykazanie?
— Wiem: Nie kradnij! Ale ja wcale nie chcę ukraść. Poszkodowany odzyska swoje łachy. Myślę też, że w ostatecznym wypadku sami sobie weźmiemy żetony.
— Godfrydzie, Godfrydzie!
— Matuzalemie, Matuzalemie! Jeśli zna pan lepsze sposoby, wyłóż je na stół! Ubrania i żetony mieć musimy.
Degenfeld odpowiedział, że przedewszystkiem trzeba wysłuchać propozycji tong-tszi. Należało się spodziewać, że strapiony mandaryn poszuka jakiegoś skuteczniejszego wybiegu.
Tymczasem upłynęło popołudnie, a mandaryna nie było widać. Zapadł zmierzch. Wezwano gości do wieczerzy. Stół był nakryty tylko dla nich trzech. Degenfeld zapytał służącego o pana domu i dowiedział się, że ten przyjmuje teraz gościa. Tym gościem był ho-po-so.
— Ho-po-so? Kiedy przybył?
— Przed połową czasu.
Połowa czasu — to godzina, a więc jak na

13