Strona:PL May - Matuzalem.djvu/405

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


często ze swoim przyjacielem Ye-Kin-Li, poradzi sobie z chińskiemi końcówkami Turnersticka. Zresztą, dzięki korpulencji, łatwiej może uchodzić za Chińczyka. Dodajmy, że jesteś zbyt młody.
— Pięknie! — rzekł Godfryd. — A więc pomysł mój przypada panu do gustu?
— Powiedziałem ci już, że i ja o tem myślałem. Dochodzę do ostatecznej konkluzji, że niema innego wyjścia.
— Dobrze. Idę z panem?
— Tak. Sambym się nie ważył. Cztery pięści to więcej niż dwie.
— Pewnikiem! Pomówimy więc o tem obszerniej. Do naszego przedsięwzięcia przedewszystkiem potrzebny jest żeton.
— Prawdopodobnie tong-tszi nam nie odmówi.
— A następnie potrzebujemy ubiorów chińskich.
— Nawet mandaryńskich!
— Hm. A potem potrzebne są palankiny.
— No tak. Więźniowie nie mogą pokazać się na ulicy. Zdradzi ich ubiór Holendra.
— Będziemy musieli przekupić kulisów. To nas będzie kosztowało sporo pieniędzy.
— Pieniądze — to fraszka. Ale jakże znajdziemy kulisów, godnych zaufania. Musielibyśmy ich wtajemniczyć w nasz plan. Kto zaręczy, że nie doniosą O wszystkiem pang-tszok-kuanowi.
— Ilu ich trzeba?
— Dwunastu.

11