Strona:PL May - Matuzalem.djvu/404

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ma pan coś, co nie ujdzie! No, w takim razie nie ma pan nic, mój stary Matuzalemie. Cóżto takiego?
— Gdyby tong-tszi zechciał, mógłby nam pomóc.
— No, rozumie się. Posiada przecież żetony, które otwierają przed każdym wszystkie wrota i każde drzwi.
— Tak. Nie mogę mu brać za złe, że się osobiście nie chce przyczynić do uwolnienia naszych przyjaciół. On byłby najbardziej narażony. Czy można od niego żądać, aby dla nas narażał wszystko, absolutnie wszystko, tem bardziej, że obowiązek nakazuje mu postępować wręcz przeciwnie.
— Słusznie! Ale my możemy go wyręczyć!
— Co?
— Iść do więzienia i wydostać jeńców.
— Myślałem już o tem. Łatwiej pomyśleć, niż wykonać!
— Wiem o tem. Wogóle wszystko jest łatwiej pomyśleć, niż wykonać. Pojmuję, że nie obejdzie się bez niebezpieczeństwa, nie mogę sobie jednak wyobrazić, że już nigdy w życiu nie ujrzymy „Pocztyljona z Niniwy“. Jeśli pan odważy się pójść do huok-tszu-fang, to i ja z panem.
— Ja też — dodał Ryszard.
— Nie wątpię — odpowiedział Degenfeld. — Ale twoja pomoc jest zbyteczna. Dopiero podczas podróży zacząłeś się uczyć chińskiego. Godfryd natomiast, który jeszcze przed wyjazdem rozmawiał

10