Strona:PL May - Matuzalem.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ogarnie rzezimieszków. Przepuścił ich, rzucił się za nimi, a w następnej sekundzie trzymał ich za szyje, w które wpił kurczowo palce obu rąk.
Zagłuszony krzyk, daremne szamotanie się — i obaj osunęli się na ziemię. Nie zwalniał jednak ucisku. Milczeli. Parę konwulsyjnych ruchów, poczem wyciągnęli się, straciwszy przytomność.
Degenfeld nożem pokrajał na pasma i tak niezbyt całą odzież zbirów. Związał ich plecami do siebie starannie i pewnie, i bezwładnych odciągnął na bok.
Teraz mógł wrócić do obu towarzyszów. Słyszeli szmery przesypywanej ziemi i byli zaniepokojeni długą nieobecnością studenta. Opowiedział, czego zdążył dokonać. Hu-tsin pośpieszył do mieszkania, aby przynieść powrozy. Przewiązali zbirów i przesadzili ich przez mur do ogrodu Wing-kana. Teraz, w trójkę, wzięli się do wykopywania bożków. Poczem przysypali i wyrównali teren. Degenfeld, przelazłszy do grodu Wing-kana, wziął od swych towarzyszów bożków i narzędzie. Po chwili obaj poszli za jego przykładem. Po kwadransie potajemnej pracy wrócili wreszcie do ogrodu.
— Świetnie się powiodło — orzekł Matuzalem. — Teraz niech ten Wing-kan doniesie o świętokradztwie. Wpadnie we własne sidła.
— W których ja miałem zginąć — dodał Chińczyk. — Panie, jesteś mym zbawcą! Jakże się wywdzięczę?

53