Strona:PL May - Matuzalem.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prastaremu panu ostatnią przysługę, omylił się o pięćdziesiąt li.
— Nigdy się nie mylę. Źle rachowałeś.
— Czy bardzo sędziwy dobroczyńca nie chciałby czekać, aż przeliczymy?
— Gdzie chcecie liczyć?
— Tu.
— W ciemnościach?
— Tak. Wystarczy namacać.
— Liczcie więc, jeśli macie ochotę. Ale ja nie mogę czekać. Odwiedzę tymczasem mego drugiego sąsiada, aby mu opowiedzieć, co tutaj widziałem. Skoro następnie kradzież wyjdzie najaw, zażąda ode mnie sąsiad, abym doniósł o swoich obserwacjach władzom. Będzie poza tem doskonałym świadkiem. Muszę jeszcze zabrać i schować narzędzia.
Przerzucił je przez mur, poczem przeprawił się do swego ogrodu. Po chwili umilkły jego kroki.
Obaj świętokradcy stali w milczeniu i nadsłuchiwali. Wreszcie jeden z nich rzekł:
— Znów nas oszukał!
— Tak, nie sądzę, aby każda sakiewka zawierała po tysiąc li. Ale to bądź co bądź sporo gotówki. Musimy się śpieszyć. Chodź!
Chcieli się oddalić. Musieliby przejść koło Degenfelda, który tymczasem powziął zamiar zatrzymania ich. Ale czy to się uda? Ba! Był silnym mężczyzną, a nadomiar mógł liczyć i na to, że przestrach

52