Strona:PL May - Matuzalem.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lestnie podkradła się do muru. Degenfeld stąpał za nią, oczywiście, zachowując wszelkie środki ostrożności.
Szt! — rozległo się z poza muru.
Szt! — odpowiedziano pod murem.
— Czy dostojny pan jest na posterunku?
— Tak. Czy masz go?
— Nawet dwa!
— Dwa? Jedenby wystarczył.
— Poszło nam tak łatwo, że wzięliśmy dwa.
— Czy nie były za ciężkie?
— Nie. Z drzewa ciosane.
— Z jakiej świątyni?
— Z Pek-thian-tszu-fan, ta jest bowiem najbliższa i najmniej strzeżona.
— A więc udało się. Nikt was nie zauważył?
— Nikt. Lecz podczas ostatniej rundy o hai-szi niezawodnie wyjdzie najaw kradzież obu bożków. Trzeba się ich pozbyć przed tą godziną.
— Jakże przeniesiemy tu posążki?
— Podniesiemy je, a pan je przyjmie od nas.
— Dobrze, byle szybko.
Matuzalem wszystko słyszał dokładnie. Nad murem ukazały się dwa większe przedmioty. Jubiler opuścił je na ziemię, poczem rzekł:
— Teraz przełaźcie szybko!
— Jeszcze nie. Musimy uprzednio ukryć palankin.

49