Strona:PL May - Matuzalem.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


może, Wing-kan przyjdzie tu, aby się przekonać, czy nikogo niema. Jestem nawet tego pewny. Ja zaś pójdę na zwiady, poczem wrócę do was.
Zdjął obuwie i oddalił się cichaczem. Idąc bardzo powoli, starał się wzrokiem przebić ciemności nocy. Obszedł w ten sposób w dwóch kierunkach ogród, nie natknąwszy się na nic podejrzanego. Mur po trzeciej stronie oddzielał ogrody obu wrogów. Ruszył wzdłuż niego i potknął się o jakiś twardy przedmiot. Nachylił się, aby mu się przyjrzeć. Leżały tu obok siebie łopata, motyka i rydel.
Złożył je nie kto inny, tylko Wing-kan. Należało liczyć się z tem, że mógł się jeszcze nawinąć gdzieś wpoliżu.
Degenfeld nachylił się i nadstawił uszu. Wytężył wzrok jak najbardziej, ale nic nie usłyszał, nic nie dojrzał.
Posunął się, stale nachylony, o kilka kroków naprzód i dopiero wówczas odkrył w ciemności jakąś postać, opartą o drzewo, oddaloną o cztery kroki. On sam, na szczęście, nie został spostrzeżony przez nieznajomego.
Szybko skręcił wbok i przykucnął za drzewem. Wyczekiwał rozwoju wypadków z obawą, aby tymczasem Godfryd i Hu-tsin nie nadeszli.
Na szczęście, niewiele czasu upłynęło, gdy usłyszał kroki z zewnątrz. Szybko nadbiegło kilku ludzi. Zatrzymali się za bramą. Z głośnych oddechów można było wnosić o ich wytężonym biegu.
Ciemna postać wyszła z poza drzewa i bezsze-

48