Strona:PL May - Matuzalem.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie wie pan także, jakie niebezpieczeństwo groziło mandarynowi?
— Nie.
— Radzę panu nikomu o tem nie mówić, jeśli się nie chcesz narażać tong-tszi.
— Będę milczał. Ale czy mogę wiedzieć, czy wy to jesteście owymi znakomitymi cudzoziemcami?
— Tak, to my.
Chińczyk złożył niski do samej ziemi ukłon i rzekł:
— W takim razie jestem niegodny wielkiego zaszczytu, jaki mi czynicie. Cudzoziemcy, których taki mandaryn zaprasza do siebie, w ojczystym kraju piastują na pewno najwyższe godności. Jestem zbyt nikły, aby móc na was spoglądać. I otóż przybyliście zawiadomić mnie o grożącym mi niebezpieczeństwie! Bierzcie moje pieniądze, moje życie, wszystko, co do mnie należy! To wasza teraz własność!
— Cieszy mnie, że pan posiada wdzięczne serce. Domyśliłem się, że pan jest uczciwym człowiekiem i dlatego przybyłem pana uratować. Pomożemy panu zakopać bożka w ogrodzie Wing-kana. Czy ma pan odpowiednie narzędzia?
— Tak.
— Powiedział pan, że obie kobiety czasem ze tobą rozmawiają. Przypuszczam zatem, że pański ogród sąsiaduje z ogrodem mandaryna?
— Tak, tylko że ogród mandaryna jest o wiele, o wiele większy i wspanialszy.

42