Strona:PL May - Matuzalem.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


śmiano się; dodajmy do tego huki kowadeł, wrzask kramarzy, dzwonki garkuchni i sto innych rodzajów dźwięków. Wszystkie stany były reprezentowane; przewijały się także kobiety, aczkolwiek dosyć rzadko. Jeśli się spotykało jakąś istotę kobiecą, kroczącą na zniekształconych stopach o lasce, z trudnością torującą sobie drogę, była to jakaś zubożała, a więc podwójnie nieszczęśliwi osoba, nędzą zmuszona do chodzenia.
Z obu stron skupiały się sklepy i kramy sprzedawców jedwabiu, szewców, czapników i kapeluszników, lakierników, kupców porcelany, golarzy, owocarnie, sklepy z żywnością, jatki, piekarnie, kuźnie, domy wekslarzy i wiele innych. Po większej części każdy artykuł miał swoją uliczkę, podobnie jak w tureckich bazarach. Ulice kończyły się łukowo sklepionemi bramami, które zamykano wieczorem, aby mieć baczenie nad ludnością. Ponadto wszędzie panował półmrok, ponieważ ulice były nader wąskie i często przykryte słomianemi matami dla ochrony przed deszczem i słońcem.
Szło się więc przez ulice smoków, złota, klejnotów, jedwabiu, aptek, wekslarzy, tygrysów, srebra i kwiatów, a następnie wymijało się pagodę pięciuset duchów. W Europie niktby nie potrafił przedostać się przez taki tłum, ale Chińczycy są do tego przyzwyczajeni.
Wstrętem przejmował widok licznych żebraków. Stali, siedzieli przykucnięci, lub uwijali się pośród najgorętszego tłumu. Wygląd ich był godny litości.

24