Strona:PL May - Matuzalem.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Matuzalem przykładał nie było jaką uwagę do podsłuchanej rozmowy. Miano wykraść ze świątyni bożka. Było to przestępstwo najsurowiej, najokrutniej karane. Za jakąż to cenę złodziej narażał życie? Za tysiąc li, czyli za trzynaście złotych!
Degenfeld nie dbałby o to, czy jakiś bożek chiński zostanie wykradziony ze świątyni, czy nie. Ale tu w grę wchodziło życie niewinnego kupca. Było to obowiązkiem każdego człowieka zapobiec nieszczęściu. Ale jak? Rozumie się, że nasz student natychmiast pomyślał o tong-tszi, uratowanym przez się mandarynie. Najlepiej było opowiedzieć mu wszystko i zdać się na jego zarządzenia.
Wrócił do gospody i szeptem opowiedział zdarzenie przyjaciołom. Skoro skończył. Godfryd, strojąc miny i potrząsając głową, odezwał się:
— Piękny kraj, gdzie nawet bogowie nie są pewni spokoju! Co pan o tem myśli, mijnheer?
Wat ik zeg? Mają skraść bożka? To bezprzykładne. Nigdy się jeszcze nie zdarzyło!
— Potężni to muszą być bogowie, skoro pozwalają się wykraść. Ledwośmy zdążyli przyjechać, a jużeśmy wplątani w przestępstwo kryminalne. Co pan zamierza czynić, stary Matuzalemie?
— Jak myślisz?
— No, właściwie nie wtrącałbym się wcale do tej boskiej komedji — pozostawiłbym bożka jego losowi. Ponieważ jednak niewinny może ucierpieć, więc radziłbym donieść o tej całej sprawie tutejszemu i wielkongrządcyng. jakby się wyraził nasz Turnerstick.