Strona:PL May - Matuzalem.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Żaden prawdziwy syn swoich rodziców! Ten pies utrzymuie, że moi przodkowie byli tsien[1].
— Powinien pan był zaskarżyć go do sądu.
— Ani mi się śni! Ukaranoby go, to prawda, ale i ja musiałbym zapłacić tyle, co on. Ci nienasyceni mandaryni są podobni do głębokiego piasku, w który deszcze odrazu wsiąkają.
— Ale jeśli go pan nie zaskarży, ludzie dadzą wiarę jego słowom!
— Skoro go przydybią na kradzieży bożka, postrada i życie i honor. Wystarczy mi wówczas powiedzieć, że kłamał, a wszyscy uwierzą. Ty właśnie dopomożesz mi do tej zemsty. Dziś wieczorem będę cię oczekiwał koło muru mego ogrodu — ledwo zapadnie siüt-szi. Teraz rozstaniemy się. Wybrałem to miejsce dlatego właśnie, że ty mieszkasz tu w sam-pan i że nikt mnie tutaj nie zna. Pusto tutaj, lecz lada chwila może ktoś nadejść. Idę więc! Tszing, tszing!
Tszing leao!
Matuzalem usłyszał oddalające się kroki. Odchodził kupiec; głośne kroki świadczyły o obuciu, złodziej zaś był, jak już rzekliśmy, bosy.

Po paru chwilach rozległ się drugi szmer. Zdawało się, że ktoś włazi na mur. „Błękitno-purpurowy“ schronił się pod krzewem. Nad murem ukazała się właśnie głowa przyszłego świętokradcy. Ulica leżała głębiej, niż ogród. Musiał się wspiąć, aby zajrzeć, czy w ogrodzie nie było przypadkowego świadka zmowy. Nie ujrzawszy nikogo, zeskoczył i szybko odszedł.

  1. Niegodni ludzie.