Strona:PL May - Matuzalem.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niech licho porwie, chłopcze! Nie myślałem wcale o tak mocnym policzku! Ale nie szkodzi. — Lepiej, to lepiej, — rzekł chłop, który skoczył na łóżko i rozwalił je. — Teraz czuj? się o wiele lepiej. Opowiadajże szybko, co się zdarzyło?
Ryszard w krótkich słowach zdał mu sprawę z sytuacji. Matuzalem podszedł do okna. wyjrzał, następnie podszedł do drzwi, zbadał uszkodzenia, poczem oświadczył:
— Ryszardzie, oto moja ręka! Jesteś mądrym i dzielnym chłopcem, i uratowałeś mi życie. Poczekaj jeszcze chwilę, póki nie wrócę do całkowitej przytomności. Skoro tylko opadnę, poczęstujesz mnie nowym policzkiem. To pomaga, czuję. Chwilowo nie posiadamy innego środka. Przedewszystkiem obejrzę strzelby i nabiję flinty grubasa. Ty zaś nie spuszczaj oka ze drzwi. Bierz moją strzelbę. Jak zauważysz ze ktoś usuwa papierek, pal natychmiast, bez zastanowienia.
Nabił swą strzelbę i podał chłopcu. W tej właśnie chwili pies zwrócił się. warcząc, w stronę okna. Błękitno-purpurowy spojrzał szybko, wyrwał broń z rąk Ryszarda i wycelował.
Z początku ujrzano nogi, a potem i ciało człowieka, który tam się ukazał. Zapewne opuszczano co z pokładu na linie.
— Chcą się dostać z tej strony; ale wara im! — szepnął student.
Teraz, wobec niebezpieczeństwa, stał już mocno na nogach. Opjum straciło nad nim władzę.

48