Strona:PL May - Matuzalem.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Posądzenie obudziło w chłopcu całą energję. Ponowił próbę przebudzenia Matuzalema, lub innego towarzysza, ale nadaremnie.
— Śpią mocno — rzekł. — Może dopiero jutro obudzą. Czuwam tylko ja i pies. Obronimy kajutę samowtór. Ci hultaje przekonają się, że niełatwe z nami sprawa! Nieprawdaż, mój odważny stary?
Gładaił, mówiąc to, piękną długowłosą sierść psa, który spoglądał nań jasnemi ślepiami, trzepał ogonem po podłodze, odwracał mordę ku drzwiom i wydawał ciche, głębokie warknięcia, jakby chciał powiedzieć:
— Wiem już, ale nie lękaj się; ja jestem przy tobie!
Następnie Ryszard wziął broń swoich towarzyszów z kąta i poddał ją starannym oględzinom. Nie był strzelcem; nie wiedział, czy karabiny są nabite, — nie potrafiłby ich zresztą nabić. Jednak konstrukcja obu strzelb mijnheera była tak prosta, że z łatwością potrafiłby się niemi posługiwać. Odwiódł kurki i przekonał się, że są naładowane. Poza tem miał pod ręką rewolwery, z któremi potrafił się obchodzić. Wyciągnął je z kieszeni śpiochów i nagromadził dookoła siebie wcale pokaźny arsenał.
Naraz pies nasrożył się, zbliżył do drzwi i zaczął głośniej warczeć; ktoś musiał stać przed drzwiami.
Ryszard usłyszał, jak z zewnątrz odsuwano coś ciężkiego, poczem usiłowano pocichu otworzyć drzwi

41