Strona:PL May - Matuzalem.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obecny stan przypomina pierwsze stadjum tego działania. Czyżby nasze sam-chu zawierało opjum?
— Hm! Ja także odczuwam coś podobnego. Ale nie sądzę, aby to było opjum. Jak ty się czujesz, Ryszardzie?
— Bardzo dobrze.
— Ponieważ wcale nie piłeś. A więc nasz stan następstwem wypitego sam-chu. Zobaczy się.
Upłynęło pół godziny. Pasażerowie przewracali się niespokojnie z boku na bok. Poczem powoli jeden za drugim zaczęli zapadać w głęboki sen.
Tylko Ryszard czywał. Słyszał mnóstwo kroków na pokładzie i zdawało mu sę, że rozpinają żagle. Przez dłuższy czas brzękał łańcuch metalowy. Wiele razy uderzano z zewnątrz o drzwi kajuty, jakgdyby przysuwano coś ciężkiego. Newfundlandczyk warczał, ale wnet się uspokoił, gdyż nikt nie próbował wejść.
Tak minęło pół godziny i znów pół godziny. Ryszardowi zdawało się, że podłoga kajuty nachyliła się pod znacznym kątem. W oba otwarte okna zadął świeży, bardzo wyraźny przeciąg.
Ryszard podniósł się i wyjrzał. Ognie portu sczezły; można to było wyjaśnić późną porą. Wszakże na każdym okręcie musi się palić przynajmniej jedna latarnia, a tymczasem nie widać było dookoła najmniejszego światełka, mimo bliskości całej masy dżonek. Niebo było jasne i czyste; gwiazdy świeciły jaskrawo. Przy blasku ich można było dosyć wyraźnie rozpoznać otoczenie okrętu, a jednak 39

39