Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie wydały dźwięku, i serce na chwilę ze zgrozy bić przestało, tamten się już nie wyrywał. Dźwignęli się obadwa — tedy posłyszał Jaworski szczękanie zębami i świszczący, dyszący oddech.
— Co tam? Co tam się stało? — spytał bez tchu.
— Nie wiem co. Nie wiem jak — uderzyłem raz — wyjąkał chłopak — Jezus — nie chciałem — nie myślałem — błagałem jak ojca — błagałem.
— Nie zabiłeś przecie. Trzeba ratować! — rzucił się Jaworski do domu. Ale Wojdak uchwycił go za ramię, trzymał oburącz, trzęsąc się jak w febrze.
— Nie, nie idź, nie idź.
— Nieszczęsny! Zabiłeś!
Wojdak osunął się na ziemię z jękiem.
Stała się chwilowa cisza — taka, że słychać było aż w drugim końcu miasteczka szczekanie psa, skrzyp zamykanych drzwi, pluskanie ryb w jeziorze, szelest nadbrzeżnych trzcin, i padanie jabłek w sadzie.
Jaworski zapatrzony w dal, coś słyszał, miał twarz skupioną człowieka, któremu mówią rozkaz: — zrazu nie dobrze rozumie, potem się wzdraga, waha — wreszcie prostuje się w rygorze posłuchu. Chwilę w tej gotowości stał, wreszcie osunął się i on za ziemię, położył rękę na głowie leżącego.
— Chłopcze, dziecko nieszczęśliwe. Jak to się stało? — spytał litośnym szeptem.
Głuche łkanie było odpowiedzią.