Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ku. O południu koło młyna przejechała bryczka Baczyńskich. Baczyńska z Madzią i Jakubowiczem jechali na wesele jakiejś krewnej w sąsiedztwo. Jaworski poczuł wyrzut sumienia, że wczoraj dał się unieść rozdrażnieniu i rozstał się ze starym szorstko.
— Pójdę dziś wieczorem. Będzie sam. Pomówimy raz jeszcze! — postanowił i dzień cały układał, jak mówić będzie, czem argumentować.
Ledwie doczekał wieczora, zdał robotę na starszego młynarczyka i ruszył do miasteczka. Popołudniu wieść stamtąd przyszła, że organiścina umarła. Zastał Szymborską we łzach i rozpaczy, w domu zwykły w takich razach zamęt, więc pozostał z nimi godzin parę dla pomocy i otuchy i już noc była, gdy się uwolnił.
Było już za późno, by wstąpić do Baczyńskiego, ale gdy mijał posesyę — dostrzegł smugę światła przez szparę okienicy, z izby starego, od sadu. Zdziwiło go to, furtka ku jezioru była nie zamknięta, wszedł do sadu, pod okno, chciał zajrzeć do izby. Nagle światło zgasło, skrzypnęły drzwi od ganeczku, jakaś postać wpół zgięta, wsunęła się pod nawisłe gałęzie jabłoni.
Jaworski skoczył — uchwycił go za rękaw. Tamten się szarpnął, wyrwał, ale się potknął i upadł. Tedy Jaworski całem ciałem go przygniótł i obezwładnił, i otworzył usta, by wołać pomocy, gdy poznał w szarości letniej nocy Wojdaka. Usta