Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Milczę, bo mnie boli równie jego czyn, jak i pana. On źle postąpił, ale i panu nie godzi się tego wyzyskać. Niech mu pan odda ten weksel. Może od pana zależy cała jego przyszłość, zbawienie, opamiętanie, odrodzenie.
— Oszalałeś! — wybuchnął Baczyński: — Równasz mnie z fałszerzem. Chybaś mu kompan!
Jaworski bez słowa wziął za czapkę i wyszedł. W tej chwili pomyślał raz pierwszy z żalem o swym niedostatku. Żeby mieć te czterysta rubli.
Nie miał i nikt mu nie pożyczy, bezsilny był. Ogarnęła go groza jakaś, tysiące niewykonalnych sposobów ratunku przeleciało przez głowę, przeczucie jakiejś klęski. Minął młyn, poszedł do dworu do stancyi Wojdaka, ale była zaryglowana. Tedy przypomniał sobie szelest za oknem, i domyślił się, że chłopak ze dworu do izby zaglądał i już wiedział o odmowie Baczyńskiego, i że może już nie śmie Jaworskiemu się pokazać po odkryciu prawdy.
Gnany nieznośnym niepokojem, szukał Wojdaka w miasteczku napróżno i wreszcie wrócił do młyna pochłonięty myślą wynalezienia ratunku.
Nazajutrz od rana miał pilną robotę w magazynie i z gawęd fornali dworskich dowiedział się, że Wojdak w nocy odjechał na stacyę kolejową. Odczuł ulgę, zwłoka dawała nadzieję obmyślenia przecie jakiego sposobu zażegnania katastrofy. Miał głębokie wewnętrzne przeświadczenie, że nie kto inny, a tylko on, powinien wyrwać chłopca z upad-