Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zmóż się. Czas leci. Musisz się ratować.
— Zabiłem! Niema ratunku.
— Zmóż się. Opowiedz, jakeś się dostał tutaj. Widział cię kto?
— Nie. Na drugiej stacyi wysiadłem. Leciałem bez drogi, przypłynąłem jeziorem. Wszedłem do sadu — ganek był otwarty — błagałem go — odmówił, począł wymyślać, drwić — uderzyłem.
— Czem? Broń miałeś?
— Pięścią. Chciał krzyczeć — chwyciłem za gardło — uderzyłem jeszcze raz w skroń — powalił się naprzód, chwyciłem pugilares, znalazłem weksel, wtedy zrozumiałem, że gdy z omdlenia wyjdzie, nazwie mnie. Zląkłem się, przypadłem do niego, dotknąłem, a on krwi miał pełne usta, nozdrza, i był już stygnący. Zabiłem — zginąłem.
— Nie widział cię nikt. Uchodź!
— A pan?
— Słuchaj — zmóż się. Mnie przysięgniesz troje!
— Co? Jak? Ja? panu?
— Tak. Przysięgniesz, że za tę krew coś wylał, uszanujesz odtąd wszystko żyjące. Wszystko! Rozumiesz? Będziesz szanował każdego i wszystkich. Nie ukrzywdzisz, nie sponiewierasz, nie nadużyjesz. Pamiętaj. Święty ci powinien być i nietykalny każdy człowiek!
— Boże, przysięgam! Żebym wiedział, że się uratuję?