Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oni, sprzedał. Ale mi wtedy przyszła tak zwana nieszczęśliwa miłość. Miałem już nędzę materyalną, zerwane stosunki z rodziną, niesnaski z sąsiadami, moc odziedziczonych po ojcu zagmatwanych spraw sądowych z chłopami, w domu pustkę, w sercu gorycz i kwas. Należała mi od losu jakaś równowaga, pociecha, pokrzepienie, trochę woni, trochę blasków, trochę wesela. Przyszło wtedy uczucie, wszechpotężne, zapamiętałe, a tak umieszczone, że stało się tą ostatnią kroplą męki, cierpienia upokorzenia i klęski mej doli. Należało wtedy albo zginąć najhaniebniej, jakeś ty próbował, albo wszystką rzeczywistość zmienić w złudę, ze złudy zrobić rzeczywistość. I wtedy, na spodzie bolu będąc, spojrzałem w siebie, wokoło siebie, w górę... i zrozumiałem, że mi tam trzeba być. I poszedłem! I zabrałem tam ze sobą i tę ziemię, i tę robotę, i swą duszę i ją. I dobrze jest, bo było bardzo ciężko! W nagrodę dostałem do domu Atmę.
— Chciałbym kiedyś módz to samo powiedzieć! — rzekł Adam.
— Spróbuj! Z początku zdaje się to niemożliwem, głupiem, nielogicznem, szaleństwem. Spróbuj, zrazu chwilę w dzień, myślą, postanowieniem, potem czynem małym, łatwym, wreszcie to się stanie życiem.
— Żyć marzeniem, złudą, jakby rzeczywistością?