Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wielkiego świata do tego bezludzia i dziczy, do podrzędnego stanowiska jego sługi. Byłem w rozpaczy po stracie karyery, swobody, towarzystwa, stosunków. Zdawało mi się nieszczęściem, gdym oddał swe serce na marne, kobiecie, która ani go chciała, ani zrozumiała, ani moją być mogła. Zdawały mi się nieszczęściem klęski żywiołowe i materyalne położenie — zawsze ciężkie, czasami prawie bez wyjścia. Zdawało mi się nieszczęściem osamotnienie, brak rodziny i przyjaciela, trud monotonny, a prawie bezowocny, rok za rokiem — zda się bez końca. A wszystko to było przecie... szczęściem.
— Boś umiał iść w górę! — rzekła Atma. — Boś zrozumiał, co złuda, a co rzeczywistość.
— Starałem się zrazu tylko nie okazywać swych buntów dla bardzo nizkiego powodu, ordynarności wybuchów gniewu i tak zwanych scen. Miałem wstręt do ordynarności, a kult dla form wytwornych, spokoju i ciszy. Dlategom ustąpił woli ojca... przez marną próżność czy słabość: w każdym razie, Atmo, nie aby iść w górę. Potem, gdym został, ogarnęła mnie pycha i zawziętość: pycha najciaśniejsza, rodowa, zawziętość najniższa: utrzymania mienia dla siebie tylko. To był okres najgorszy: rachowałem! Nie rozróżniałem wtedy, Atmo, złudy od rzeczywistości, byłem pysznym, próżnym samolubem... i możebym, ciągle rachując, dorachował się, jak ci wszyscy, co stąd odeszli, że ziemia jest złem umieszczeniem kapitału... i możebym ją, jak