Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czybyś w czemkolwiek zmienił swą drogę, gdybyś ją na nowo rozpoczynał? — spytał Adam.
— Nie. Dobrze było, bardzo ciężko. Dotrzymałem, com postanowił. Kochałem tę ziemię całem stopniowaniem uczuć: zrazu najcieśniej; dla siebie i rodu; potem szerzej: dla ojczyzny; teraz ją kocham dla niej samej, dla jej duszy, którą rozumiem, czuję, z którą się zrosłem przez wspólne cierpienie. Dęby, co stoją, wiedzą, jakem cierpiał, gdym z potrzeby, z biedy musiał niektóre ściąć kazać i sprzedać. Grusze polne po miedzach wiedzą i pamiętają te grady, któreśmy wspólnie znieśli, na zburzone zboże patrząc, i te szrony szkodliwe, i te susze zgubne, i te nawałnice deszczowe w żniwa. Pamiętają bociany i ja pożary gumien parokrotne i dźwiganie nowych dachów z popiołów. Pamiętają moje pracowite byki głodne przednówki i rozumieją moją o siebie troskę. Zna mnie każdy zalew jeziora i każdy zakąt sianożęci, i ja je znam. Teraz takeśmy z tą ziemią jedno, że nie wiem, czy ona jest moja, czy ja jestem jej, i myślę, że te duchy, które Makar widuje, tak samo się zżyły z nią i trwają w tym ślubie, nie mogą się oderwać. Dobrze tu, bo bardzo ciężko; i teraz, gdy za siebie patrzę, widzę, że wszystko, co się zdaje na razie nieszczęściem, jest tylko szczeblem do góry. Zdawało mi się nieszczęściem, klęską losu, gdy wola ojca, a znałeś jego despotyzm, sprowadziła mnie z salonów i środowiska