Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Szopen? — szepnął Adam do Atmy.
Skinęła głową i cicho poczęła mówić:

Z gór, gdzie dźwigali strasznych krzyżów brzemię
Widzieli zdala obiecaną ziemię.
Widzieli światło niebieskich promieni,
Ku którym w dole ciągnęło ich plemię,
A sami do tych nie wejdą przestrzeni!
Do godów życia nigdy nie zasiędą
I może nawet zapomnieni będą!...

Ucichły skrzypce, a oni jeszcze siedzieli wsłuchani, skupieni, smutni.
— Tyś osiadł w sercu kraju — rzekł Antoni — mów tam i powtarzaj, by strzegli serca tego, bo rubieże, kresy nikną, stygną, zamierają. Za mało krwi serce przesyła tutaj. Jesteśmy jak te placówki stracone i ginące jedna po drugiej. Dawniej rozpaczałem, patrząc, czując bezużyteczność trwania tu i pracy; a teraz, chociaż rozumiem marność jednego życia i obowiązek cierpienia jako nauki, nie mogę patrzeć bez żalu na zniszczenie, gdy dzikość i głupota ogarnie naszą placówkę. Nie mogę patrzeć na rąbanie w pień sadów i parków, ruinę budowli starych, pamiątek i znaków, spieniężanie wszystkiego, żeby ten pieniądz stąd wydarty bezmyślnie stracić, a zostawić natomiast pustkę i nędzę. Nie razi mnie tyle ludzkość, gdy nie postępuje... ile ludzkość, gdy błądzi.
Ile wysiłków fałszywych, ile męki upornej, ślepej, ile szału głupiego, a wszystko, żeby po wiekach się opamiętać, wracać, odrabiać i znowu błądzić.