Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wojnom, co na Bogdaniszcze sprzedali, będzie gdzie na świecie u siebie? Ot, za życia będą się włóczyć jak pokutniki. A ot, my zostali.
— Ostatni! — rzekł Antoni, bo podobno Horby sprzedane.
— Nie będzie im dobrze nigdzie na świecie... takim — uparcie powtórzył Makar. — A nam jest dobrze.
— Dobrze! — potwierdziła Atma, uśmiechając się do starego, który stanął nad krynicą i naczerpnął dzban wody.
Kiwnął jej głową.
— Samowar nastawię, kolacyę przyrządzę i hukać będę, jak będzie gotowe. Niech się panowie nocką ciepłą nalubują.
Gdy stary odszedł, Adam spytał:
— O duchach pałacowych mówił? Wierzy w nie święcie?
— Całe szczęście, jeśli są. Wkrótce z nimi tylko w tym kraju obcować będziemy — odparł Antoni, siadając obok niego i skrzypce strojąc. — Ostatnie polskie sąsiedztwo tracimy.
Zaczął grać. Na ziemię schodziła noc cicha, gwiezdna, ciepła. W wielkiej ciszy melodya obejmowała ich dusze, roztaczała skrzydła i niosła w ciemny lazur niebios, ku wschodzącemu miesiącowi.
Coś swojskiego, bardzo smutnego, grał Antoni.