Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


który rzekł: in magnis et voluisse sat est. Człowiek tak rzadko nawet chce czegoś wielkiego. Karłem żyje, karłem umiera, karłem napowrót się wciela.
Na ziemię zstępował wieczór — zorze zachodu zbladły, ciepło dnia parowało wonią, po krzach ptaki kończyły dzienne rozprawy, a słowiki rozpoczynały pieśni. Gdzieś w dali ozwały się skrzypy żórawi studziennych, drewnianych wierzei obór, ryk bydła, tupot wracającej z pastwiska stadniny, potem przeciągła pieśń kobieca, świergot fujarki — i wszystko, co było pracą dnia, trudem życia, rozpłynęło się w ciszy. Na ziemię schodził poemat wiosennej nocy, odrodzenia wiekuistego życia. Zdala, od dworu przypłynęły teraz urywane tony skrzypiec. Stroił je Antoni i zarazem rozmawiał z kimś — i w czystem powietrzu daleko szły głosy.
— Nieboszczka szyła w krosnach, nici jedwabiu były na posadzce, a pan przy kantorku w zielonym gabinecie coś pisał niedawno, bo kurzu ani krzty nie znalazłem! — mówił Makar.
— Lepiej by im było, żeby odeszli! — ozwał się Antoni.
— Jak przeznaczone, tyle będą. A zawszeć dobrze, że się nie tułają, nie straszą, nie płoszy ich obcy. W Bogdaniszczach, co z pałacu zrobił ten nowy pan Niemiec, browar... to chłopi co noc widzą, jak nieboszczka chorążyna po ogrodzie chodzi, aż na trakt, do figury, co ją znieśli, i ręce łamie i jęczy. Nasi u siebie! A, myśli pan, żywym panom