Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakem się zabił... miałem widzenie, obraz. Gdym się obudził, znowu na ziemi, nie pamiętałem nic. Gdy Antek cię nazwał, doznałem wstrząśnienia... znałem to imię, dziwne, którego nikt tu niema. A potem, gdy grał, wczoraj, przypomniałem wszystko. Byłem za światem, i ty byłaś ze mną... i byłaś kimś, kogom shańbił i sponiewierał... i był nade mną sąd i wstawiałaś się za mną... i kazano mi wrócić... i gdym przerażony staczał się w jakąś otchłań, zawołałem na cię z rozpaczą... i dałaś mi rękę i rzekłaś: »ja z tobą!...« i uspokoiłem się. Pamiętasz?
— Nie — odparła powoli. — Ale jeśli tak było, to zapewne będę z tobą.
Umilkli, jakby ogarnięci uroczystością wielkiego misteryum — jakby wsłuchani w mowę ciszy szczytów. Położył dłoń na jej ręce, ale nie patrzał na nią. W błękit oczy utkwił i miał pod powiekami łzy, a w myśli słowa hymnu ukojenia, oderwania zupełnego od rzeczywistości.
— Co mam czynić, duszo? — szepnął po chwili.
— Miłować, dawać, czynić dobrze.
— A jeśli nie zdołam?
— To staraj się mniej nienawidzić, mniej pożądać i chciej dobra. Trojako się pracuje: myślą, mową i czynem. Zaczątkiem jest myśl; jest jakby ziarnem, z którego wzrośnie kwiat słowa i owoc czynu. Co teraz zasiejesz myślą, w następnem życiu zbierzesz w czynie; więc myśli pilnuj, myśl kieruj w górę. Znawcą był słabości natury ludzkiej ten,