Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ziemskiego już nic czuć nie może. Jeśli tu jestem, mam miejsce, mam pracę i mam prawo szczęścia i bolu... jestem potrzebna.
— Nie zrozumiałaś mnie — zaprzeczył.
— Owszem. I to, coś powiedział, i to, coś myślał. Teraz ci żal wybuchu, przykro ci, żeś mnie uraził. Masz do mnie pociąg, upodobanie i... wstręt.
— Atmo! — żachnął się.
— Nie obruszaj się. Ja widzę i wiem.
— Jak tę gałąź czeremchy, zduszoną przez suche badyle, jak tę zapóźnioną pszczołę?...
— Tak.
— Więc i dla mnie będziesz tak staranną, troskliwą i miłosierną?
— Żebyś był rośliną, wiedziałabym, że ci trzeba tylko słońca i swobodnego rozrostu; żebyś był owadem pracowitym, przypomniałabym, że zamrze od zimnej rosy, gdy się w robocie zapamięta. Aleś ty już człowiekiem, istotą z wolną wolą i z przeszłością duszy. Masz zaciągnięte długi, obowiązki do spełnienia, do spłacenia. To, co ci się wydaje pożądanem, może być zgubnem; to, co ci się wydaje wstrętnem, może być korzystnem. Mogę ci wskazać drogę, mogę ci powiedzieć prawo... ale być z tobą, nie wiem, czy będę.
— A jednak byłaś ze mną, jam cię już znał.
— Niezawodnie.
— Pamiętasz? Wytłómacz mi zatem, jak to było? Co takiego?