Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie odpowiedziała na to nic. Cała jej uwaga skierowana była na pszczołę, obierającą z kotków wierzbowych pył złoty. Trąciła gałązkę — a gdy owad zleciał, śledziła go w powietrzu.
— Zapóźni się i nie doleci do barci przed rosą wieczorną — szepnęła.
— Wiesz, Atmo! Ty zanadto kochasz wszystko, żeby kochać coś lub kogoś jednego! — rzekł jakby z zawodem, z żalem. — I nie wierzę, żebyś mogła cierpieć... i nie wiem, po co tu jesteś w takim razie, i ty już człowieka z krwi i kości nie potrafisz zrozumieć.
Popatrzała nań swem przejmującem wejrzeniem, które, zda się, podczas gdy ucho słuchało słów, przejmowało myśli aż w głębi duszy.
— To cię razi i zniechęca do mnie. Jestem młoda i piękna. Oburza cię, że nie jestem tylko zwierzęciem; za cel życia nie uznaję rozkoszy, wiążącej człowieka do koła urodzeń i śmierci. Nie rozumiesz, że poza płciowym związkiem — może być miłość, poza stratą lub zdradą w tem kochaniu może być cierpienie. Więc jeśliś ty tak nie kochał, jak twierdzisz, dlaczegoś cierpiał? Rozkoszy ci nie brakło, strat nie ponosiłeś! Powinieneś być szczęśliwy. Nie cierpi tedy twe ciało i krew, ale cierpi to nieśmiertelne, nie mające coby miłować, czemu się ofiarować. To, co ty przechodzisz, dla mnie już dawno minęło. A po co tu jestem? Zanim to wcielenie minie, dowiemy się oboje. Nie wraca tu ten tylko, kto