Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mylisz się. Każdy jest na właściwej drodze, każdy ma los dostosowany do duszy. Tylko po swej drodze trzeba iść, tylko swój los trzeba kształtować, gdy się rozumie cel. On jest abstrakcyą, ty jesteś czynem; przynieśliście to ze sobą, spadek poprzednich żywotów.
— Tyś stamtąd przyniosła mądrość.
— Zrozumiałam tylko Prawo i chciałabym je przeżyć... raz ostatni, tutaj.
— Kto ci mistrzem był?
— Znalazłam się od razu na tej dobrej drodze. Ojciec, jak wiesz, był uczonym. Studyował wschodnie języki. Był sekretarzem i bibliotekarzem francuskiego magnata, zwiedził z nim Indye i Chiny; za powrotem robił mu wyciągi z dzieł tam nabytych, katalogował bardzo cenną bibliotekę. Matki prawie nie pamiętam... była Angielką; miałam trzy lat, gdy zmarła, nagle, na zapalenie płuc. Wyhodowałam się i wychowałam w tej wielkiej bibliotece; była mi gniazdem, ojczyzną, światem. Jako dziecinną zabawę, przerysowywałam niezdarne arabeski liter wschodnich, potem nauczyłam się je rozpoznawać, czytać, potem składać wyrazy. Cieszyło to ojca, pomagał, tłómaczył; tak niepostrzeżenie stałam się jego pracy towarzyszką, jego wiedzy uczenicą. Nie oddał mnie do żadnej pensyi, nie byłam w żadnej szkole, ani wśród ludzi. Praktycznie mówiąc, nic nie umiem; tu dopiero uczyłam się rachunków i poznałam przyrodę, i zobaczyłam,