Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przeżyte i prawie zapomniane, że po chwili milczenia rzekł:
— Nie pamiętam. Mam wrażenie, żem te uczucia przeszedł; ale teraz, jak wszystko, pajęczyną jakąś się zasnuło, dymem, mgłą... stało się nicością.
— No, ale przecie rozumiesz, wiesz, co jest miłość.
Adam wiedział, co serce i dusza brata przeszła w życiu — wiedział jego miłość.
Spuścił głowę, przeszedł myślą to pojęcie uczucia i odparł głucho:
— Rozumiem, ale nie wiem.
— Widzisz. To jest twoja rzeczywista niedola!
Znowu zapanowało milczenie, pełne ptaszęcych radości, szmerów, tętnień, dyszenia wiosny. Zbliżał się zachód pogodny, chmurki poczęły się barwić różowo-bursztynowym tonem, gdzieś w gąszczach niecierpliwie odzywały się słowiki.
Antoni spojrzał na słońce i wstał.
— Muszę do siewu zajrzeć. Wrócę tu do was za godzinę — rzekł, serdecznem spojrzeniem obejmując brata. — Atma ci to lepiej ode mnie wyłoży. Przecie ja tylko jej uczeń... i bardzo mi było źle żyć, zanim jej tu nie było. Mówcie. Przyniosę tu skrzypce.
Gdy odszedł, Adam się odezwał:
— A przecie jak ja mu teraz zazdroszczę! Jakbym chciał być nim!