Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jemy... mamy wspólne akcye cukrowni, robimy czasem na spółkę afery... wierzy w moje szczęście do interesów i jest ze mnie dumny. Szwagier służy mi za pieniądze, jako agent lub wywiadowca; jak potrzeba, załatwia czasem dwuznaczne sprawy, stręczy mi kobiety. To... rodzina. Ano, jest, rozumie się, i teściowa. Poza tem są tak zwani przyjaciele, którzy mnie potrzebują... i są nieprzyjaciele, którzy zazdroszczą lub się boją. To i wszystko.
— Nie masz ni jednej duszy.
— Zgubiłem nawet własną.
— Ani przypuszczasz, jak ona ciebie pilnuje!
Podniósł na Atmę oczy żałosne.
— Nie. Przemarnowałem lekcyę. Powiedz, czy chociażby człowiek, co wraca na nowo kuć, ma jakąś pamięć poprzedniej pomyłki?
— Przed tobą jeszcze długa chwila. Jeszcze ty egzamin zdasz.
— Powiadasz, żeś próbował kochać — wtrącił Antoni. — Któż twą miłość wyzyskał, wydrwił, zdradził?
Adam się zamyślił. Życie przemknęło mu w pamięci. Czasy szkolne, młodość, małżeństwo, różne sylwetki kobiece, wspomnienia miłostek.
Różne były osoby, okoliczności — treść zawsze ta sama. Chwilowe podniecenie, pożądanie, zaspokojenie, chwilowy tryumf — i przesyt.
Teraz, gdy na to patrzał z oddalenia, może z góry, zdały mu się te wypadki tak marne, tak